Czerwona wizja
Rozdział I
Dobrze żyło mi się w Wells ale czas najwyższy by coś
zmienić w swoim życiu. Ten czas tak szybko leci, nawet nie zauważyłam kiedy
nagle w moim kalendarzu stałam się dorosła kobietą. Dokładnie tak, ja Emily
Rossy mam już okrągłe osiemnaście lat. Pamiętam dokładnie wszystkie moje
rozterki uczuciowe, bitwy o chłopaka i o siebie. Zapamiętałam śmierć matki jak
i ojca, moje tułanie się po domach dziecka, wszystko to pamiętam. Aktualnie
mieszkam w Wells nie z własnego wyboru. Albowiem mieszka tu moja rodzina
zastępcza która się mną opiekuje ale czuję , że nie pasuje do tego miasta.
Zresztą nie pasuję do niczego. Pracuje w księgarni, książki to jedyny mój
ratunek od tego całego zła na świecie, ale może troszkę opowiem o sobie. Jestem
Emily Rossy, Rossy po ojcu gdyż był anglikiem. Jestem szatynką o ciemnych oczach,
na swój sposób chorobliwie szczupła.
Dokładnie tak chorobliwie. A nie powiedziałam najważniejszego moje włosy są tak
kręcone że kiedyś jak jeszcze mama żyła rozczesując moje włosy zgubiła
grzebień. Dokładnie tak grzebień zapodział się w moich kudłach. Od zawsze
powtarzała mi że włosy i jasna cera to mój atut i nie mam się czego wstydzić. Że
w ten sposób jestem bardzo wyjątkowa. Pamiętam ostatnie słowa mamy: „ Emily
jesteś niezwykła, nie bój się życia ono cię jeszcze zaskoczy. Pamiętaj że
kocham cię najbardziej na świecie” a potem odeszła. Kilka miesięcy później
odszedł tata, cały czas trzymałam go za rękę powtarzałam żeby mnie nie
zostawiał ze nie dam sobie rady a on tylko wydusił: „Jesteś moim skarbem”.
Zmarli na to samo rak. Choć ja będąc nie cało ośmiolatką nie wiedziałam
dokładnie co to znaczyło. Teraz już niestety wiem no ale cóż trzeba się
pozbierać i żyć dalej. Posłucham mamy teraz jest ten okres, mam tyle siły by
choć trochę odmienić swój los cichej myszki.
Byłam w księgarni już od 7.00, normalny dzień
powiedziałabym. Ludzi jak zawsze nie było może 2-3 osoby na krzyż, uwielbiałam
ten bezruch gdyż nie lubiłam kontaktów z obcymi ludźmi no ale cóż mówiłam ze
jestem dosyć specyficzna. Może to dlatego że młodo straciłam rodziców albo po
prostu nie byłam zbyt otwarta. Od zawsze byłam cichą myszką, która nie chciała
wyjść z nory, ale od teraz miało się to wszystko zmienić. Chciałam wyprowadzić
się do mniejszego miasteczka o nazwie Tolita. Bardzo mała mieścina gdzie prawie
przez cały rok padał deszcz. Ta pogoda odpowiadała mi bardziej niż upały które
nie służyły moim włosom. Potrzebowały one codziennej pielęgnacji, rozczesywania
codziennie po kilka razy. Ale no cóż były naprawdę śliczne. Wracając do
księgarni ogółem pracowałam od 7- 14 czasem zdarzało się ze byłam tam do 24.00
bo zaczytałam się w jakieś powieści. Moim rodzicom zastępczym nie przeszkadzało
to że wracam późno jak to mówił Alan: „ wracaj sobie o której chcesz, możesz
nawet nie wracać w ogóle będzie jednej gęby mniej do wykarmienia” dokładnie
tak. W domu było nas w sumie ósemka, wszyscy byliśmy z domu dziecka. Byłam
najstarsza, tuż za mną o 2 lata młodsza była Ksenia, potem Zuzia(15),
Wiktoria(14) , Pola (11) , Radek (10) , Sonia (8) i ostatni najmłodszy Olaf 5
latek. Nasza „szczęśliwa” rodzina. Alanowi i jego żonie Alicji zależało tylko
na tym ile za nas dostaną, nigdy nie usłyszałam od nich, dobrze że jesteś
skarbie albo tych dwóch słów : KOCHAM CIE. No ale trudno nie było co się
rozczulać już nie długo miałam się z stamtąd wyprowadzić oczywiście żal było i
nadal jest zostawić dzieciaki. Ale to dobre pociechy wyrosną na ludzi. O nich
się nie martwię.
Dzień jak co dzień obudziłam się zjadłam, poszłam do
pracy. Tam czekała na mnie niespodzianka, ktoś zostawił paczkę zadedykowaną
specjalnie dla mnie. Opakowanie było czarne, posypane brokatem z ogromna kokardą na samym środku. Ciekawiło
mnie co było w środku i kto był adresatem. No ale cóż żadnej informacji nie
było podanej. Poczekałam do mojej przerwy, długiej przerwy, usiadłam na starym
bujanym fotelu który stał w kanciapie. I zaczęłam delikatnie otwierać. Gdy już
dostałam się do opakowania zaciekawiona otworzyłam je, ku mojemu zdziwieniu
była tam tylko kartka.